Zakręcony belfer – Jak to się zaczęło…

przez Post Gościnny

Szósty dzień lutego 2014 roku. Nie pamiętam, jaka była wtedy pogoda, ale gdy patrzę na zdjęcie, zamieszczone na stronie, mam wrażenie, że było dość ponuro. Być może padał śnieg (niesamowite, to przecież wcale nie było tak dawno, a zima przypominała jeszcze wtedy zimę, nie dziwne, nieokreślone coś pomiędzy jesienią i wiosną). Dlaczego wracam myślami do tej daty? Bo to właśnie wtedy “narodził się” Zakręcony Belfer.

 

Od jakiegoś już czasu nosiłam się z zamiarem stworzenia w Sieci własnego miejsca. Podskórnie czułam, że nadszedł ten moment, w którym chciałam uwolnić zgromadzone w mojej głowie idee. Podzielić się tym, co robię na lekcjach (zaczynałam dostrzegać, że moje metody różnią się od tego, co robią inni nauczyciele). Sporą rolę odegrał tu jeden z prężniej rozwijających się portali społecznościowych. Okazało się bowiem, że tworzenie i zamieszczanie treści to jedno, a rzeczywiste istnienie w Internecie to drugie.

 

Może wydać się to dziwne, czy wręcz niemożliwe, ale istniało wtedy tylko kilka blogów dla nauczycieli. Nie licząc treści publikowanych przez Dariusza Chętkowskiego (wartościowych, ale zahaczających o publicystykę, nie bazę pomysłów do wykorzystania), mogłabym wymienić może dwa lub trzy tytuły (serdecznie z tego miejsca pozdrawiam Marlenę Kowalską, Karolinę Starnawską oraz Joannę Waszkowską – te twórczynie pisały nawet wcześniej niż ja). Przeczuwałam, że jakoś odnajdę się w tym szalonym, cyfrowym świecie, choć o tym, czego doświadczamy dziś, nie śmiałam nawet marzyć.

 

Pierwsze kroki stawiałam  na darmowej platformie blogger. Do dziś darzę ją sentymentem i chętnie zakładam tam strony, na których zamieszczane są efekty realizowanych przez młodzież projektów. Wybrałam szablon (różowy! dziwi mnie dziś ten wybór, ale tak właśnie było), stworzyłam podpis, zaczęłam publikować. Niemal równocześnie założyłam fanpage, by nie zmuszać znajomych, nie nauczycieli, do oglądania własnych publikacji (co dziś wydaje się mało logiczne: zaprosiłam większość z nich do polubienia wspomnianego miejsca).

 

Muszę przyznać, że blogowanie stało się ważną częścią mojego ówczesnego życia. Z zapałem neofity zgłębiałam arkana budowania własnej marki. Czytałam artykuły dotyczące pozycjonowania stron, właściwego redagowania treści, kontaktów z czytelnikami. Dziś mogę to już przyznać: części z nich kompletnie nie rozumiałam. Nie przeszkadzało mi to jednak działać. Modyfikowałam wygląd strony, dowiadywałam się o tym, jak działa prawo autorskie (muszę tu koniecznie wspomnieć, że to dzięki Kamilowi Śliwowskiemu dowiedziałam się, dlaczego warto zaznaczyć treści licencją i zdecydowałam o uwolnieniu swoich publikacji do dowolnego wykorzystania), stale rozwijałam swoją wirtualną przestrzeń.

 

Stopniowo uświadamiałam sobie, że to, co robię jest ważne. Przestałam się bać ośmieszenia, zaczęłam podpisywać artykuły własnym imieniem i nazwiskiem (nie od początku tak było). Powoli budowałam nie tylko własną markę, ale przede wszystkim rosło moje poczucie własnej wartości. Już nie byłam odmieńcem, moje działania, choć nadal innowacyjne, zostały pozytywnie odebrane i stały się inspiracją dla innych nauczycieli. W międzyczasie stałam się członkiem zespołu Superblefrów RP. Nigdy wcześniej nie rozwijałam się tak intensywnie.

 

Aż doszłam do przysłowiowej ściany. Poczułam, że darmowa domena przestaje mi wystarczać. Chciałam wejść na wyższy poziom blogowania i zarządzać stroną, która będzie moją wyłączną własnością. Jakkolwiek to brzmi, przecież wcześniej też publikowałam własne treści. Jednak nie miałam do nich wyłącznych praw (okazuje się, że kampania Google jest współwłaścicielem treści umieszczanych na blogspocie, o czym wiedziałam od początku, ale nie zawsze mi to przeszkadzało). Zapadła decyzja. Przenosiny treści na inny serwer i wykupienie indywidualnej domeny.

 

Bardzo bałam się tego kroku. Co będzie, jeśli technicznie nie sprostam nowemu wyzwaniu? Albo okaże się, że przez tę zmianę ludzie przestaną zaglądać na stronę. Nie bez znaczenia były kwestie finansowe. Nie byłam pewna, jakie koszty łączą się z taką “ekstrawagancją”. Okazało się, na szczęście, że strach miał wielkie oczy. Przedyskutowałam w gronie najbliższych wszystkie “za” i “przeciw” (ich zdanie jest dla mnie bardzo ważne) i postanowiłam zaryzykować. Uzbrojona w dobre chęci i ofertę pomocy brata (informatyka, który technicznie zajął się przeprowadzką) wypłynęłam na nowe wody.

 

Dziś postąpiłabym dokładnie tak samo. Choć kosztowało mnie to nieco czasu (przesłanie tekstów z miejsca na miejsce to jedno, a dopracowanie wyglądu nowej strony to drugie, tym zajmowałam się sama), nie żałuję. Bardzo wiele nauczyłam się i obecnie posiadam sporą autonomię w zarządzaniu Zakręconym Belferm. WordPress (który stał się szablonem pod nowe działania) przyjął mnie dobrze. Miałam już dość doświadczenia, by poradzić sobie z jego obsługą. Sama nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam z podjęciem decyzji, wierzę jednak, że wszystko w życiu dzieje się po coś.

 

Co zmieniło się przez te sześć lat? Gdybym powiedziała, że wszystko, niewiele bym się pomyliła. Choć nadal jest we mnie nieśmiałość introwertyka (między innymi lekiem na ten stan miało być założenie bloga), mam wrażenie, że łatwiej mi obecnie wyrazić własną opinię i się jej trzymać. Nie znaczy to oczywiście, że podchodzę do życia z założeniem, że tylko ja mam rację. Nic z tych rzeczy. Po prostu przestałam się ukrywać i głośno mówię (a raczej piszę) o tym, co moim zdaniem jest dobre, ale też o tym, co nie działa w systemie edukacji. Czuję też, że powoli dochodzę od momentu, w którym trzeba będzie zdecydować, jaki kierunek rozwoju przyjąć. Internet staje się wysycony znakomitymi propozycjami na działania, pomysłami lekcji, scenariuszami. Może czas na kolejny krok do przodu? Co nim będzie? 

 

Gdy myślę o moim blogowaniu, przychodzi mi do głowy przynajmniej kilka korzyści związanych z publikowaniem na stronie. Osobiste korzyści (rozwój, możliwość współpracy ze znakomitymi specjalistami czy wydawnictwami) to jedno. I nie chcę ich umniejszać. Uważam jednak, że najcenniejsze są wszystkie te dyskusje, które zataczają coraz szersze kręgi. Powolna, oddolna zmiana myślenia o edukacji dzieje się na moich oczach. I cieszę się, że mogę być jej częścią.

 

Joanna Krzemińska, polonistka, Superbelferka, blogerka – Zakręcony belfer

FB Zakręcony belfer

Asia o sobie: “jestem zakochaną w grach planszowych, logicznych, zręcznościowych poszukiwaczką nowych rozwiązań. Z równie wielkim zacięciem wcielam w życie zwariowane lekcje, co szyję na maszynie różne drobiazgi (głównie kolorowe torby i przytulanki). Czasem tworzę biżuterię, piszę wiersze… Długo by jeszcze wymieniać.

Od lat nauczam języka polskiego, pracuję również jako terapeuta z zakresu diagnozy i terapii pedagogicznej. Każdy kolejny rok jest dla mnie wielką przygodą. Wciąż rozwijam pasję w sobie i swoich uczniach. Muszę przyznać, że to wielka frajda 

Nie bez dumy szerzę ideę pracy metoda projektu. Stawiam na budowanie pozytywnych relacji i kształtowanie postawy pełnej szacunku. Nieustająco namawiam do angażowania się w działania międzyszkolne, czego efektem jest tytuł ambasadora etwinning, który od lipca 2018 r. z radością noszę”.

Przeczytaj inne teksty o nauczycielskich blogach z serii “Jak to się zaczęło…” tutaj.