Brzydkie słowo na “n”

przez Pan Belfer

Korpoładne marzenie

Minęło 4 788 dni odkąd, po zakończonych studiach na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, rozpocząłem pierwszą „poważną” pracę. To miała być praca tylko na chwilę. Miałem głębokie przekonanie, że się do niej nie nadaję. Na studiach szło mi całkiem dobrze, dostałem się nawet na ciekawe praktyki do jednego z największych producentów piwa w Polsce. Tam wszystko było takie „korpoładne”, nowe, pachnące, drogie. Był fajny zespół pracowników laboratorium i taki poukładany i spokojny plan 8 godzin pracy. Spodobało mi się na tyle, że tak sobie wymyśliłem – fajnie byłoby w takim labie pracować w przyszłości. Niestety, tuż po ukończeniu studiów, nikt mnie do pracy w takim miejscu nie potrzebował. A to dziwne bo przecież napisałem w CV, że umiem Worda, czytam książki i lubię oglądać filmy – no przecież kandydat murowany…

13 lat, 1 miesiąc i 10 dni temu

4 września 2006 roku był poniedziałek. Dawid Łasiński mając 23 lata zaczyna pracę w miejscu, którego trochę się boi, trochę nie lubi, trochę nie rozumie i trochę ma już dość po 17 latach bycia w nim po drugiej stronie. Tego dnia, pierwszy raz przeżyłem rozpoczęcie roku szkolnego będąc po „drugiej stronie”. Zacząłem być nauczycielem.

Brzydkie słowo na n…

W moim domu rodzinnym nie było żadnych tradycji nauczycielskich. Nie rozmawiało się o tym zawodzie. No chyba, że był czas przed- i powywiadówkowy to raczej w kontekście „Znowu muszę iść do tej szkoły… Żebym się tylko nie musiała wstydzić.” Kończąc studia, rodzina i znajomi tłumaczyli mi, że powinienem podjąć takie decyzje zawodowe, które dadzą mi stabilizację i pozwolą założyć i utrzymać rodzinę. W wymienianych opcjach nigdy nie padało „Zostań nauczycielem”. Wręcz przeciwnie, ten zawód był traktowany jak porażka dla kogoś zdolnego po studiach. Jak zmarnowanie szansy na lepsze jutro. No, a że mnie nikt nie chciał w „korpoładnej” pracy, to z braku innych opcji – wybrałem „porażkę”.
Już dokładnie nie pamiętam ile czasu to trwało, ale tak przez około dwa pierwsze lata wstydziłem się tego co robię. Miałem wrażenie, że nie mam się czym pochwalić na „fejsbukach” starym znajomym. Oni wrzucali ciągle nowe statusy „rozpoczął pracę w…” i potem fotki służbowego auta, zdjęcia widoczków, jak sobie jeżdżą po Polsce, a nawet po świecie. A ja nie bardzo miałem co wrzucać… Pasek z wypłaty nauczyciela stażysty? Zdjęcie autobusu i tramwaju, którym codziennie dojeżdżałem do pracy? Czy może moje „biuro” z ławkami i krzesłami uczniowskimi? No jakoś nie było na czym oprzeć historii o moim sukcesie… Słowo „nauczyciel” nie było dla mnie powodem do dumy…

Nie podoba Ci się? Zmień robotę

Kiedy na trzecim roku studiów zapisałem się na blok pedagogiczny zrobiłem to trochę w formie koła ratunkowego, czegoś „na wszelki wypadek”. Niewiele pamiętam z tych zajęć, ale jestem prawie pewien, że nikt nie poruszył tam ważnego tematu – bycie nauczycielem jest fajne. No i tu dochodzimy do sedna sprawy. Już bardzo szybko polubiłem to co robię. Wkręciłem się w towarzyszenie moim uczniom w drodze po wiedzę i umiejętności. Ich naturalna energia, radość, spontaniczność i szczerość powodowała, że sam świetnie bawiłem się na swoich lekcjach. Czas w pracy mijał szybko, a ja ciągle szukałem opcji, jak bawić się w szkołę jeszcze lepiej. Dlaczego „bawić się” – bo cały czas myślałem, że jestem tu tylko na chwilę i zaraz poszukam sobie jakąś „prawdziwą” pracę. Jak masz takie podejście to dajesz sobie przestrzeń na eksperymentowanie. Nie przewidziałem jednego – że właśnie przez to eksperymentowanie i frajdę jaką miałem z bawienia się w pracy pokocham to co robię…

Potrzebowałem czasu, żeby zrozumieć ważność słowa na „n”

W trzecim roku pracy nastąpił przełom – odpuściłem. Przestałem ściągać się w głowie z kolegami i koleżankami, którzy osiągnęli sukces, a może tylko tak mi się wydawało, że go osiągnęli… Ja już wiedziałem, że praca z młodzieżą przynosi mi frajdę nie do opisania. No właśnie na tyle nie do opisania, że nie było statutu na FB, który by mieścił w sobie to co odkryłem. Zrozumiałem, że mam realny wpływ na „życiowy starterpack” młodego człowieka. Oczywiście nie na każdego i oczywiście, że nie zawsze, ale jednam mam. Poświęciłem się pracy z uczniami. Czasami wychodziło mi to lepiej, a czasami gorzej. Czasami chciało mi się bardziej, a czasami mniej. Ważne jest to, że dzięki byciu nauczycielem zmieniłem się jako człowiek. Nauczyłem się empatii, budowania relacji, czy nawet prostego uśmiechania się do drugiego człowieka – mojego ucznia, bo wiedziałem, że jest to dla niego ważne. Nauczyłem się doceniać pracę i zaangażowanie innych, a może bardziej – dostrzegać i wzmacniać ich starania. Bardzo dojrzałem w szkole, ale jeszcze czegoś mi brakowało…

Szukaj drogowskazów

Pokój nauczycielski to bardzo specyficzne miejsce. Kto nie pracowało w szkole nie zrozumie jego fenomenu. Może przy innej okazji spróbuję go opisać. Na ten moment wyobraź sobie grupę dorosłych ludzi z różnym doświadczeniem i podejściem do życia, którzy co chwilę, na 45 minut stają się kapitanami statku o nazwie „lekcja”. Przez to, że muszą być ekspertami w tym co robią w sali, zatracili umiejętność bycia „nie ekspertem” poza salą. Często przestają poszukiwać, bo poszukiwanie oznacza, że trzeba przestać myśleć o sobie jako o kimś najlepszym. Ja przez wiele lat nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogę coś robić źle, albo że mogę coś poprawić. Nie miałem z kim, a nawet nie chciałem konfrontować moich metod pracy i podejścia do nauczania. Byłem edukacyjnym ignorantem bez pokory. Dopiero projekt „Pan Belfer”, po 11 latach pracy, pozwolił mi dołożyć ostatni klocek w mojej szkolnej układance – znajdź swoje drogowskazy. Nigdy nie myślałem o moich kolegach i koleżankach z pracy, jak o potencjalnych autorytetach, od których mógłbym czerpać wiedzę i inspiracje. Musiałem takich nauczycieli znaleźć w sieci. Czytać ich posty, komentarze, czy później długo rozmawiać na tematy związane z edukacją. Zajarałem się tym, jak z tygodnia na tydzień moja nauczycielska świadomość  dojrzewa. Jak bardzo niesamowici są Ci nauczyciele dzielący się swoim doświadczeniem w sieci. Dziś wiem, że moje koleżanki i koledzy z pokoju nauczycielskiego też mogą być dla mnie źródłem tego samego, a jak oni zechcą to ja zawsze z radością dzielę się z nimi. Bądźmy dla siebie nauczycielami.

Dlaczego inni nadal wstydzą się słowa na „n”?

Dzięki mojej działalności w sieci zwróciłem uwagę na jeden ciekawy paradoks. Jest grono dorosłych, którzy uczą innych dorosłych różnych rzeczy. Oni nie mówią o sobie, że są nauczycielami. Oto kilka synonimów, które stosują aby uciec od nazwy naszego zawodu:
– trener
– coach
– instruktor
– edukator
– tutor
– szkoleniowiec
– ekspert

Słowo „nauczyciel” nie przechodzi im przez „gardło”. Czyżby się go wstydzili? Czy my nauczyciele, przez swoją pracę, utrudniamy im sprzedaż ich usług?

Ja myślę, że to co robię jest „sexi”

A czy nie jest tak, że te wszystkie określenia i tak mieszczą się w tak pojemnym i pięknym słowie jakim jest Nauczyciel? Tylko pewnie marketingowo to słowo brzmi już mało sexi. Jest takie powszechne, że trzeba udziwniać. Czy dla nich słowo Nauczyciel nadal jest brzydkim słowem na „n”, jak dla mnie dawno temu? Czy my Nauczyciele możemy coś zrobić, żeby nazwa naszego zawodu stała się znowu sexi? Zapraszam Cię do dyskusji i opisania tego co robisz, żeby piękne słowo Nauczyciel odzyskało swój dawny blask i znaczenie.

Pozdrawiam serdecznie i życzę nieskończonych pokładów edumocy